Z cyklu „Dawno…, dawno temu”. Straszna historia z okazji Halloween.
Do blogowej współpracy zapraszam moich Przyjaciół, Znajomych, Mentorów, Nauczycieli i Gości, których miałam zaszczyt poznać na swojej drodze i zachwycić się, zainspirować ich działalnością, albo tak po prostu w toku dyskusji poruszamy, którym warto się po prostu podzielić. Mam nadzieję, ze również Ciebie zainspirują.
Dziś bliska mi Kobieta, którą poznałam wiele lat temu podczas Kręgu Kobiet i od wielu lat towarzyszymy sobie w rozwoju. W przyjaźni i bliskości. W Kręgu już się rzadziej spotykamy, ale energia i połączenie cały czas krąży i jest. Niezależnie od czasu i odległości. Przedstawiam Wam Agnieszkę, która pięknie opowiada i pisze.
Na blogu Centrum Tu i Teraz możecie przeczytać jej opowiadania z cyklu „Dawno…, dawno temu”.
Straszna historia z okazji Halloween.
Samochody wypełniały każdy skrawek wolnej przestrzeni, a ludzie tłoczyli się w uliczce prowadzącej do bramy cmentarza. Ja również posuwałam się w stronę wejścia, niesiona tłumem odwiedzających groby. To tu, to tam dostrzegłam barwne chryzantemy i kolorowe znicze. Wszyscy i wszystko zmierzało ku cmentarnej bramie. U wejścia tłum był tak duży, że stanął w miejscu. Tak mi się przynajmniej wydawało. Jednak, nie. Brama jeden po drugim wypluwała ludzi po jej drugiej stronie. W końcu ja również znalazłam się w świecie zmarłych i mogłam swobodnie rozejrzeć się dookoła w poszukiwaniu bliskich, z którymi przyszłam. Od bramy biegły trzy aleje wysadzane klonami i jesionami, jednak na żadnej z nich nie dostrzegłam rodziców.
Sięgnęłam do kieszeni po telefon, lecz moja ręka nie napotkała żadnego oporu. Tam, gdzie powinien być mój iPhone ziała wielka dziura. Cholera – zaklęłam pod nosem. Miałam go na pewno w samochodzie…, a może już nie? – zastanowiłam się. Rano dzwoniłam do Hanki, a potem…, co było potem? – stałam pośrodku cmentarnej alejki i za nic nie mogłam sobie przypomnieć, czy włożyłam telefon do kieszeni kurtki, gdy wychodziłam z domu. Nieważne. Dowiem się jak wrócę. Teraz rodzice, muszę ich odnaleźć. Na pewno poszli na grób wujka Tadka. Ruszyłam, więc przed siebie wypatrując znajomych sylwetek. Zapadał zmrok. Aleja rozwidlała się, a ja stanęłam niezdecydowana. W prawo, czy w lewo? Bez przekonania skręciłam w lewo.
Rząd odświętnie przystrojonych grobów zdawał się ciągnąć bez końca.
– Przepraszam – zaczepiłam kobietę przy jednym z nich. Czy orientuje się pani czy w tej alejce jest grób rodziny…. – zamilkłam.
Jak wujkowie mają na nazwisko? Przecież wiedziałam. Niemal codziennie odwiedzam ciotkę, która po śmierci męża wymaga szczególnej opieki. Znam ich od dziecka. Nazwisko… – gorączkowo szukałam w myślach. Kobieta patrzyła na mnie wyczekująco.
– Zapomniałam nazwiska – szepnęłam. Przepraszam – dodałam głośniej odchodząc.
W głowie czułam pustkę. Jestem przemęczona? A może chora? – pytałam samą siebie. Patrzyłam na płonące znicze na mijanych grobach. Czy zmarli czekają na nas w ten dzień? A może zakłócamy im spokój? Wprowadzamy zamieszanie do tej krainy ciszy i bezruchu? Przystanęłam przy kolejnym nagrobku. Próbowałam odczytać nazwisko, ale litery były mocno wytarte.
– To pusty grób – usłyszałam szorstki głos.
Nogi ugięły się pode mną, a serce dudniło w piersi. Po prawej stronie, na ławce siedziała kobieta. W nikłym świetle zniczy nie mogłam dojrzeć jej twarzy, jednak głos i sylwetka wskazywały na starszą osobę.
– Słucham? – spytałam.
– Pusty – padła krótka odpowiedź.
– To, dlaczego pani tu siedzi, skoro jest pusty?
– Czekam na kogoś.
– Długo? – dopytywałam sama nie wiedząc właściwie, dlaczego.
– Nie jestem pewna – odpowiedziała po chwili zastanowienia. – Zresztą to nieważne. Na pewno przyjdzie. Obiecaliśmy to sobie w dniu ślubu.
Nic z tego nie rozumiałam. Może potrzebuje pomocy – przeszło mi przez myśl.
– Jest już późno i robi się zimno. Może powinna pani już wrócić do domu i przyjść jutro rano. Najlepiej jak pani zadzwoni do tej osoby i upewni się, że wie, że pani czeka.
– Nigdzie nie idę. Tutaj się spotkamy. Obiecał mi to w kościele. Przed księdzem i Bogiem.
Rozejrzałam się dookoła. Nikogo nie było. Tylko ja, kobieta i cienie. Bez słowa ruszyłam wzdłuż mrocznej alei. Za sobą usłyszałam szorstki, podniesiony głos.
– Gdzie idziesz? Zostań. Najlepiej czekać tutaj. Każdy tu w końcu przyjdzie. Słyszysz?
Gdy głos zamilkł słyszałam już tylko własne kroki na żwirowej ścieżce. Dokąd idę? Nie wiedziałam. Nie pamiętałam. Zdesperowana skręciłam w boczną alejkę. Nagrobki, krzyże, znicze, kwiaty. I cienie. Jak okiem sięgnąć. Spokojnie. Zaraz spotkam jakiś ludzi i spytam o drogę – szeptałam. Gdzie jestem? Kim jestem? Dlaczego tu jestem? – słowa wysypywały się ze mnie, gdy biegłam pogrążoną w mroku aleją. Nagle poczułam, że lecę, by po chwili uderzyć twarzą o zimną ziemię. Nic nie widziałam i nic nie czułam. Było mi dobrze. Jednak coś we mnie kazało mi wstać. Usiadłam i podniosłam głowę. Dookoła mnie stali ludzie. Moi rodzice, ciotka od wujka Tadka, druga ciotka z mężem, jacyś znajomi rodziców i moja przyjaciółka. Spojrzałam tam, gdzie patrzyli oni. Na nagrobek. Już wiedziałam, jak mam na imię i dlaczego tu jestem. I ta dziura w kieszeni. Ciekawe czy znaleźli telefon? Pewnie nie – pomyślałam na wspomnienie zgniecionego samochodu. Uniosłam głowę i dostrzegłam jasne światło. Kobieta na ławce nie miała racji – pomyślałam. Nie ma co tu czekać. Czas ruszać dalej, na spotkanie z nieznanym. Czułam całkowity spokój.
Aga Walko
Jestem kobietą, która idzie przez życie zachwycając się co krok światem dookoła. Zawodowo piszę i tłumaczę teksty na zamówienie. Hobbystycznie piszę opowiadania „do szuflady”, zgłębiam numerologię Karam Kriya oraz praktykuję jogę kundalini i tai-chi. Marzę o podróżach w czasie i na inne planety

